Czy naprawdę ktoś sądzi, że „wegańska kiełbasa” pochodzi od świni, a „roślinny burger” od krowy? Teraz wyobraźmy sobie polskie „ptasie mleczko” – w Polsce to coś więcej niż nazwa słodyczy. To część naszego języka, historii i wyobraźni, które towarzyszą nam i naszym rodzinnym chwilom już od 1936 roku.
W lipcu Komisja Europejska zaproponowała, aby na nowo zdefiniować, co wolno nazywać “mięsem” i równolegle dokręcać śrubę wobec alternatyw mlecznych i rybnych. “Mięso” ma być zredefiniowane jako wyłącznie “jadalne części zwierzęcia”, a alternatywy dla nabiału nie będa mogły mieć w nazwie “jogurt” czy “mleko”.
W planach jest zakazanie 29 “mięsnych” określeń na opakowaniach żywności roślinnej. Nie dlatego, że kogokolwiek wprowadzają w błąd, ale dlatego, że komuś przeszkadzają tego typu innowacje.
Co będzie dalej z naszym językiem i nazwami dla jedzenia? Nazwy, które od lat pomagają konsumentom zrozumieć jak użyć produktu i do czego jest podobny, mają zniknąć z półek.
Jeśli politycy zaczną reglamentować zwykłe słowa, jutro równie dobrze mogą uznać, że „mleczko kokosowe” nie jest mlekiem, a „rybka” z grochu to nadużycie. Absurd? Niestety, to realny kierunek dyskusji w Brukseli podczas trilogu 5 marca.
Komisja Europejska tłumaczy, że chce „zwiększyć przejrzystość dla konsumentów” i „chronić kulturowe znaczenie terminów mięsnych”. Tyle że konsumenci naprawdę nie są zagubieni. Każdego dnia miliony Europejczyków sięgają po „wegańskie burgery” czy „roślinne kiełbasy”, doskonale rozumiejąc, że nie są to produkty odzwierzęce. Te słowa nie wprowadzają w błąd, one ułatwiają świadomy wybór produktu: informują, jak coś przygotować i podawać. Wykreślenie ich z etykiet nie podniesie przejrzystości tylko z dużym prawdopodobieństwem je obniży. To droga do stworzenia językowego getta, które nie przysłuży ani konsumentom, ani producentom, ani – w szerszej perspektywie – rolnikom.
Po pierwsze: to nie problem rzekomego zagubienia klienta. Badania organizacji konsumenckich pokazują, że większość kupujących nie ma nic przeciwko używaniu znanych słów („burger”, „kiełbasa”) przy jasnym oznaczeniu roślinnego składu. Próby wymyślania nowych, oderwanych od kuchennej tradycji nazw będą generowały niepotrzebną konsternację.
Po drugie: uderzy to w polskie firmy i rolników. Rynek roślinnych alternatyw w Europie rośnie – to miliardowe obroty, miejsca pracy oraz krok w kierunku zrównoważonej przyszłości i propozycja zdrowszych alternatyw jedzeniowych. Zakazy słowne oznaczają kosztowne rebrandingi, gorszą rozpoznawalność i spowolnienie przyjmowanie się produktów na rynku. Rolnicy produkujący surowce roślinne tracą szansę na stabilny popyt, a konsumenci – na zróżnicowany i zdrowszy wybór.
Po trzecie: dołoży to kolejnej biurokracji. W czasach gdy Unia Europejska zapowiada uproszczenie prawa, dokładanie kolejnych wyjątków i zakazów w etykietowaniu to krok w przeciwną stronę. Dla inspekcji to nowe, niejasne granice do egzekwowania, a dla przedsiębiorców labirynt interpretacji. Ułatwienie wyboru posiłków roślinnych jest jedną z najprostszych dróg do ograniczania emisji CO2 i presji na grunty. Jeśli celem Unii jest bezpieczeństwo żywnościowe, ochrona bioróżnorodności i redukcja emisji to utrudnianie istnienia produktom wspierającym te cele jest co najmniej nielogiczne.
Zwolennicy ograniczeń mówią o „ochronie tradycji”. Ale tradycja kulinarna zawsze ewoluowała wraz z kuchenną wyobraźnią i językiem. „Wegański burger” nie odbiera nic „wołowemu burgerowi”. To skróty myślowe, które działają, bo są zrozumiałe. Dzięki nim potrafimy od razu wyobrazić sobie przeznaczenie spożywcze takiego produktu. O to właśnie chodzi w dobrym etykietowaniu.
Zamiast bawić się w słowne paragrafy, powinniśmy skupić się na prawdziwych problemach: rzetelnej informacji o składzie, alergenach, wartości odżywczej i śladzie środowiskowym. Jeśli napis „roślinny” jest wyraźny, to „burger” czy „kiełbasa” pełnią funkcję tylko kuchennego drogowskazu. Odbierając te słowa, zwiększamy niepewność, zamiast ją zmniejszać.
A „ptasie mleczko”? Zostawmy je w spokoju – tak jak zdrowy rozsądek w etykietowaniu. Niech słowa dalej pomagają nam gotować i wybierać to co chcemy zjeść. Konsumenci i tak się nie mylą. Bo prawdziwe pytanie nie powinno brzmieć, jak nazwać inaczej roślinnego burgera, ale jak zbudować system żywności, który karmi ludzi i nie szkodzi planecie, bo zmiana definicji słów nie rozwiąże żadnego realnego problemu zdrowia publicznego, klimatu czy bezpieczeństwa żywnościowego.
dr n. med. Bogna Borowiec,
członkini zarządu Stowarzyszenia WePlanet



